poniedziałek, 9 marca 2015

Rozdział 5.

   Wędrowaliśmy już 3 dni i 3 noce. Ja opadałam już z sił. Brakowało nam prowiantu, a wodę piliśmy nawet z kałuży. Nie mogłam spać, ilekroć zamykałam oczy widziałam zmasakrowane ciało Hisoki. Czuję się winna jego śmierci. Tak jakbym to ja strzelała do niego z łuku. Czemu się podstawił? Miałam do niego cały czas mnóstwo pytań, jednak już mi na nie nie odpowie. Z jego zachowania wynikało, że chyba wiedział wszystko.. Czemu mnie nie ostrzegł?! Gdyby ostrzegł może zareagowalibyśmy wcześniej! A może chciał, ale nie potrafił mnie znaleźć kiedy sturlaliśmy się z Aleksy'm. Więc po części byłam winna swojej niewiedzy. Moja ranna noga cały czas puchła. Bandaże były brudne. Aleksy mówił, że przez to może się wdać zakażenie, a nawet, że już się wdało. Chcieliśmy znaleźć jak najszybciej jakąś czystą wodę. Chciałam pójść do jakiejś wioski, on jednak twierdził, że to zły pomysł, więc wioski i miasta omijaliśmy z daleka.
   Pewnej nocy nie mogąc znowu spać, usłyszałam kroki i rozmowę.
   -Chyba w tą stronę poszła, prawda?
   -Jak oni tak szybko mogli nas odnaleźć?! Szliśmy tak długo! - pomyślałam.
   -No tak, Lilianna coś mówiła, że idzie pozbierać kwiatki na grób taty.
   Odetchnęłam z ulgą. To znaczy, że były to jakieś dzieci.
   -Co się dzieje? - usłyszałam za sobą.
   -Cicho... - powiedziałam nawet nie odwracając się. Po chwili zrozumiałam, że nie znam tego głosu, więc natychmiast się odwróciłam. Z szokiem spojrzałam na dziewczynkę w moim wieku, może odrobinkę starsza, uśmiechającą się do mnie serdecznie. W rękach trzymała bukiet stokrotek - Kim ty jesteś?! - krzyknęłam. Głupia! W lesie się nie krzyczy! Szczególnie gdy przed sobą masz osobę, której nie znasz! Ogarnij się, kobieto!
   -Nie musisz krzyczeć. Mam na imię Lilianna, mieszkam w okolicy, a ty? - odpowiedziała uśmiechając się serdecznie.
   -P-P-Przepraszam... Mam na imi... - już miałam mówić kiedy usłyszałam, że ktoś łapie mnie od tyłu.
   -Lilianna! Nic ci nie jest? My się tu martwimy! - powiedział nieznajomy głos.
   -Leon! Nic mi nie jest, ja tylko chciałam pospacerować - uśmiechnęła się znowu dziewczynka.
   -Mógłbyś ją łaskawie puścić? - nareszcie znajomy głos.
   -Aaa.. Oczywiście - odparł chłopak puszczając mnie.
   -Gdzieś ty się włóczyła? Głupia jesteś? Mówiłem ci żebyś się nie oddalała - skarcił mnie Aleksy.
   -Eh... Wiem, wiem... Nie będę miała kolacji.
   -Przepraszam za niego - zwróciła się Lilianna do Aleksy'a - on się po prostu o mnie martwi.
   -Nie szkodzi. Ja też przepraszam za nią. Chodź już, dawno powinniśmy wyruszyć - mówiąc to złapał mnie za rękę i pomógł wstać.
   -Może przejdziecie się do naszej wioski? Wyglądacie jak dwa nieszczęścia - powiedziała Lilianna.
   -Lili! Nie znamy ich! Zresztą Maks czeka na nas przy drodze, no chodź już.
   -Dziękujemy, ale nie skorzystamy, chodź - odpowiedział Aleksy ciągnąc mnie znów za sobą.
   -To cześć, nieznajoma! A! Właśnie jak masz na imię?!
   -Aleksy! Nie ciągnij mnie tak! To boli! - to były ostatnie słowa, które wypowiedziałam. Straciłam przytomność.
   Obudziłam się w łóżku przykryta ciepłą pierzyną. Na głowie miałam mokry ręcznik, a moja noga już tak nie piekła. Rozglądając się po pokoju zauważyłam, że jest to skromna chatka. Na ścianach wisiały obrazki rysowane przez małe dziecko i różnorakie zdjęcia. Na jednym zauważyłam Liliannę i jakiegoś chłopca oraz tego chłopaka, którego dziewczyna nazwała Leon.
   -Jak się czujesz? - usłyszałam. Nawet nie zauważyłam, że ktoś koło mnie siedzi. Odwróciłam głowę w jego stronę.
   -Lepiej. Dziękuję za opiekę, ale ja już pójdę, śpieszno mi - odpowiedziałam próbując wstać. Chłopak zatrzymał mnie.
   -Nie możesz jeszcze wstawać. To niebezpieczne w twoim stanie. Miałaś wysoką gorączkę, do tego poważną ranę i nie spałaś od dłuższego czasu, ani nie jadłaś niczego pożywnego, ani zdrowego. Cholera, co z was za ludzie?! Skoro wybraliście się w podróż to chociaż jakieś wyposażenie trzeba było wziąć, co nie? - pouczał. Ja usiadłam. - Mówiłem, nie wstawaj! - zdenerwował się.
   -Gdzie Aleksy? - zapytałam.
   -Poszedł po świeżą wodę. Lilianna przygotowuje coś do jedzenia. Zjesz coś w końcu.
   -Nie potrzebuje jedzenia - odpowiedziałam spoglądając w okno na przelatujące ptaki i biegnącego Aleksy'a.
   -Jak to nie? Każdy potrzebuje jedzenia by żyć - odpowiedział patrząc na mnie ze zdziwieniem - co ty jakiś robot? - zapytał. Zaśmiałam się.
   -Nie.. Widzisz... Ja nie potrzebuję żyć - odpowiedziałam uśmiechając się. On popatrzył na mnie z dziwną miną.
   -Co ty mówisz?
   -Natsumi.. Zważaj na słowa, proszę cię - skarcił mnie w progu Aleksy.
   -Tak, tak... - odpowiedziałam obojętnie.
   -Natsumi? - zdziwił się chłopak.
   -A ty jak masz na imię?
   -Leon. Liliannę już znacie. A to jej brat Maks - pokazał na zdjęcie, które przedtem oglądałam.
   -Aleksy! -zawołałam.
   -Co? - spytał
   -Możemy już iść?
   -A co z twoją raną?! - wtrącił się Leon.
   -Jeżeli nic mi nie było do tej pory to nie będzie i później. Zresztą Hi.. - tu urwałam.. Do oczu napłynęły mi łzy. Ilekroć o nim pomyślę lub wspomnę od razu widzę upadającego i w uszach odbija mi się jego zdanie "Uciekaj, Natsumi!". To tak strasznie boli. Leon patrzył na mnie i oczekiwał, że dokończę wypowiedź.
   -I właśnie za jego prace powinnaś tu przeczekać, trochę wyzdrowieć i pójdziemy dalej, rozumiesz? - uratował mnie Aleksy.
   -Yhm.
   -O co tu chodzi? Jesteście dziwni i do tego bardzo tajemniczy.
   -Co poradzisz...
   -A powiesz przynajmniej czy was okradziono, czy jak? Że do lasu w podróż wielką wybieracie się z niczym?
   -Co tu dużo mówić - uśmiechnęłam się przez łzy - nagły wypadek.
   -Dużo mi to dało.
   -Nie chcą mówić to nie - powiedziała postać stojąca w rogu. To był chyba brat Lilianny - Maks.
   -Maks! Eh ty! Znowu się chowasz po kątach? - zaśmiał się Leon
   -A ty znowu prowadzisz wywiady - odparł Maks - zaraz będzie kolacja. Lili się bardzo dziś postarała. Dziewczyno. Nie mów tak o swoim życiu. Ludzie, którzy się za nie poświęcili... pomyśl o nich, nie potrzebnie je chronili jeżeli tak mówisz - powiedział wychodząc z pokoju. Znowu widziałam Hisokę. Skąpanego we krwi. Matka wbijała mu miecz i wyciągała go... Strzały przebijały go na wylot, upadał. To boli... głowa... tak strasznie pulsuje... boli... boli ... boli... boli... boli... słyszy mnie ktoś?! To boli... nie chce przestać... zabierzcie to ode mnie... zabierzcie ten cholerny ból!





Przepraszam, że dość mało, ale nauka mnie goni i na prawdę w tym tygodniu będziecie musieli wytrzymać tylko z takimi małymi treściami.. Przepraszam was bardzo.
                                                                                                                      ~Ńatsumi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz