czwartek, 7 lipca 2016

Rozdział 20.

   Weszli do środka. Domek był skromny. Dziewczyna zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Nie wyglądało to jak na ten wiek. Przypominało bardziej średniowiecze.
   -Trochę stary ma pan ten wystrój - powiedziała Lili.
   -Tak się składa, że akurat bardzo spodobał mi się ten styl - uśmiechnął się mężczyzna.
   -Nie mów mi, że żyjesz już tak od średniowiecza -zdziwił się Aleksy.
   -Oczywiście,  że nie. Faktem jest, że żyjemy trochę dłużej niż przeciętni ludzie, jednak nie na tyle aby to były tysiąclecia - zaśmiał się serdecznie.
   -Przepraszam, że przerwę tą jakże ciekawa rozmowę - wtrącił się Leon - ale mamy do pana sprawę.
   -Wiem - uśmiechnął się - inaczej nie studiowalibyście tyle o magii, prawda?
   -Czy ja wiem - odparła dziewczyna. - Jeśli by się zastanowić to równie dobrze moglibyśmy być jakimiś nastolatkami, co marzy się aby magia na prawdę istniała, a znalazły sobie jakieś księgi mówiące o magii.
   Starzec uśmiechnął się pod nosem.
   -Gdyby tak było wyczułbym to. Poza tym księgi o legendach znaku magów są w posiadania tylko i wyłącznie prawdziwych użytkowników magii.
   -A więc Aoi tez jest magiem? - zapytał Aleksy.
   -Ewentualnie Lynn - odparł Leon.
   -Albo ten Wielmożny Artur, jeśli dobrze pamiętam.
   -Spotkaliście Artura?! - wykrzyknął mężczyzna. -Tego Artura?!
   -Ale o co chodzi? Jakiego Artura?! - zdziwili się.
   -Przeglądnęliście te wszystkie księgi a nawet nie wiecie kto to Artur? -zdziwił się.
   -Proszę pana... Te księgi miały swoje lata, a sam pan przyznał,  że nie żyjecie tysiąclecia.
   -Artur jest narzeczonym kapłanki, właściwie już mężem. Będzie żył tak długo jak na to pozwoli Virilal.
   -Zaraz, zaraz.. przeczytałam niedawno, że kapłana mając już swoje lata, no jest koło trzydziestki, planuje dziecko i...
   -To fakt. Jednak trzydzieści lat w naszym świecie, a w waszym jest inaczej postrzegane. W wieku trzydziestu lat, kapłanka planuje że urodzi dziecko. Nastaje poszukiwania na godnego kandydata męża. Jeśli się takowy znajdzie, Virilal musi wyrazić zgodę. Gdy takowa zostanie wyrażona, młody mężczyzna i kobieta zaczynają wspólne życie,  które trwa trochę lat. Próbują się poznać oraz w sobie rozkochać. W naszej kulturze dziecko, które nie pochodzi od kochających się rodziców jest dzieckiem przeklętym i  skazane na wygnanie z wioski, choć to stosuje się tylko, gdy dziecko jest już w wieku powyżej dwunastu lat lub...
   -Przepraszam, że przerwę - wtrącił Leon - czy te dzieci wyróżniają się czymś? Na przykład wyglądem?  - jego złote oczy zabłyszczały.
   -Hmm... Jeśli dobrze pamiętam takiego typu dzieci naznacza się. Jest to kółko przekreślone tyle razy ile dziecko miało lat, gdy cała prawda wyszła na jaw. Dlatego lepiej żeby dziecko się nie pojawiło, bądź wyznać prawdę zanim w ogóle przekroczy swój rok życia.
   -A co się z takimi dziećmi dzieje, które są poniżej dwunastu lat?
   -Są sprzedawane do rodzin, które nie mogą mieć dzieci: do kochającego się małżeństwa, które jest niepłodne, do kobiety, która zechce wychować dziewczynę na kogoś w stylu kelnerki lub pani dla towarzystwa, rzecz jasna bez takich rzeczy - tu spojrzał na Aleksy'ego, którego twarz przybrała kolor buraka. Pozostała dwójką zaśmiała się - mężczyźni samotni zaś mogą adoptować syna, który albo przejmie ich interes, albo zostanie wojskowym. Ostateczna decyzją jest odesłać je tu, na Ziemię. Jednak ta decyzja jest bardzo rzadko spotykana. Najczęściej są to skrajne przypadki czegoś w stylu, że małżeństwo się może nie kocha, ale chce wychować dziecko, więc wraz z nim ucieka na Ziemię i tutaj żyją jak zwykli ludzie. Nie rozmawiają, ani nie żyją magią. Dzieci do swojej śmierci nie są niczego świadome, jeśli już się dowiedzą, rodzic zazwyczaj ich wydziedzicza. Ostatni przypadek miał kilkanaście lat temu, gdy Artur poślubił Elliene, naszą kapłankę. Wszystko było ustalone, minęło sporo lat od czasu "postanowienia", tak więc spłodzone zostało dziecko. Był to niestety chłopiec. Tak więc zajęła się nim jedna z dam kapłanki. Nie pamiętam jej imienia, ale to ona wychowała syna, a żeby na światło dzienne nie wyszło, że jest to syn kapłanki oraz jej męża przefarbowano mu wody na kolor włosów damy, a nią samą wysłano na Ziemię z misją wychowania go. Kilka lat później. Nie dużo. Z dwa, cztery kapłanka ponownie urodziła dziecko. Była to dziewczynka. Jeśli dobrze pamiętam miała na imię Ran, co znaczy orchidea. Opowieść jest zaś taka, że dziecko cały czas było nijakie. W sensie zero uśmiechu, płaczu oraz wszelkich emocji. Na początku myślano ze jest nieżywe, ale jadło,  poruszało się, spało. Ono żyło. Gdy pewnego razu matka przyszła z pięknym bukietem orchidei w ręce aby włożyć do wazonu, dziecko zareagowało zdziwieniem na widok kwiatów. Gdy matka to zobaczyła podeszła z nimi do łóżeczka i pokazała maleństwu. Te wyciągnęło swoją małą rączkę w stronę kruczoczarnego kwiatu i uśmiechnęło się. Matka w ten sposób zdecydowała tak ją nazwać. Kilka miesięcy później wydało się, że pierworodnym dzieckiem kapłanki był chłopiec. Co w naszym wierzenia było przestępstwem. Cała wina obarcza się facetów, jesteście dużymi dziećmi, wiecie jak to działa.  No więc Artur zadecydował uciec. Jako iż niby facet jest przeklęty, skoro kapłanka przez niego porodziła chłopca, więc uważa się, że wszystko co jego, jest złe. Również dotyczyło się to dziecka. Naznaczono dziecku okrąg na prawej łopatce. Gdy chcieli je już wystawić na aukcję, ojciec ukradł je pewnej nocy i uciekł na Ziemię. Zamieszkał wraz z damą kapłanki i wychowywał dwójkę dzieci. W niewiedzy. Och.. widzę, że trochę znudziłe... - tu przerwał i popatrzył po twarzach młodych ludzi siedzących tuż przed nimi. Dziewczyna uważnie patrzyła na niego i widać było, że jedyne na czym się skupia to pobieranie i analizowanie informacji, które do niej trafiały. Chłopak o blond włosach, siedzący obok Lili, analizował pewne wiadomości z tym co usłyszał teraz. Jego złote oczy świeciły się niczym gwiazda na niebie. Widać było w nich zainteresowanie oraz wielkie skupienie w tym aby wszystko poukładać sobie dobrze w głowie. Światło zachodzącego już słońca lekko padało na jego twarz, co dawało efekt jak z obrazka. Ostatni już, o włosach niczym kawa z mlekiem, patrzył na to wszystko z niedowierzaniem. Wydawało się, że nie do końca wszystko zrozumiał.  Było jednak całkowicie inaczej. Wszystko doskonale, co do słowa, zrozumiał.  Podobnie jak drugi chłopak starał się bardzo dobrze i uważnie podobierać fakty. Jego oczy przyciemniły się lekko. - Chyba jednak nie -uśmiechnął się do siebie mężczyzna. Po twarzach całej trójki widać było, że nie zwracali dokładniejszej uwagi na otoczenie. Dla nich najważniejsze były informacje, które pobierali od mężczyzny. Nagle wstał. - Nastawie wody.
   Gdy słychać było już gwizd czajnika cała trójka popatrzyła w stronę wydobywającego się dźwięku. Mężczyzna zauważył to.
  -Przepraszam, nie chciałem wam przeszkodzić, ale stwierdziłem, że musicie być zmęczeni i spragnieni, więc zdecydowałem zaparzyć herbaty.
   -To dobry pomysł - odparła dziewczyna wstając z miejsca, gdzie przebywała.
   -Tak poza tym - zaczął blond włosy chłopak - nie przedstawiliśmy się sobie.
   -To prawda - odparł mężczyzna. - Nazywam się Koro. A wy?
   -Jestem Lilianna.
   -Jestem Leon.
   -A ja Aleksy.
   -Miło mi was poznać - odparł Koro uśmiechając się. - Może zostaniecie na noc?
   -To dobry pomysł - powiedziała Lili.
   -Popieram - uśmiechał się Leon.
   -Również nie wnoszę sprzeciwu  - dodał Aleksy wstając z krzesła i podchodząc do reszty.
   Wypili herbatę. Koro rozłożył im materace na ziemi i pościelił je.  Rozmawiali jeszcze przez chwilę o tym, co ich skusiło do podróży oraz kształceniu się w zakresie magii. Wspomnieli również powierzchownie o Natsumi, gdyż było im to potrzebne aby odpowiedzieć na pytanie drugie. Po długich rozmowach zmęczeni położyli się spać.


                             ***


   Dziewczyna obudziła się w dość ciemnym miejscu. Czuła ciepło dochodzące z prawej strony jej aktualnego miejsca. Uśmiechnęła się lekko. Przypominało jej to o ciepło, które zawsze otulało ją, gdy wraz z Aleksy'm,  Leonem i Lilianną kładli się spać.
   -Chyba masz dobry sen - usłyszała głos. Znajomy, choć nie do końca. Powoli otworzyła oczy. Wiedziała czym to grozi. Jeśli porwali ją z jakiegoś niecnego powodu i tylko czekali aż otworzy oczy, żeby tylko coś jej zrobić, już by nie żyła. Ciekawość jednak była silniejsza i poczuła dziwny spokój, bezpieczeństwo dochodzące z tego miejsca.
   -Być może - odparła powoli wstając.
   -Na twoim miejscu nie robił bym tego - usłyszała trzask gałęzi. - Rana dalej krwawi, choć poprawnie użyłaś wszystkiego co było pod ręką.
   -Usiąść chyba mogę.
   -Nie mowie, że nie, tylko uważaj bo..
   Nagły krzyk. Echo rozeszło się po całym miejscu. Była to jaskinia. Nie była głęboka. Wyjście można było ujrzeć nawet z tego miejsca. Przypominała bardziej wyrytą dziurę w skale.
   -Ostrzegałem.
   -Tak wiem... - odparła przygryzając dolna wargę i próbując podnieść na tyle swoją nogę aby móc usiąść w pionie. W pewnym momencie poczuła krew w ustach. Za mocno... krew z jej delikatnych, wysuszonych już, ust, kapała na jej język. Chłopak popatrzył na nią. Podszedł i delikatnie pomógł jej usiąść. Kiedy jej ucisk na ustach ustal,  chłopak złapał za rękaw swojej bluzy i wytarł delikatnie wargę. Dziewczyna popatrzyła na to co się dzieje. Nagle oblał ją rumieniec aż do uszu. Chłopak popatrzył na jej relacje.
   -Masz gorączkę? - zapytał.
   -N-Nie.. - odparła dziewczyna odwracając głowę.
   -Pokaż - przystawił rękę do jej czoła.  - Jesteś strasznie rozpalona. Lepiej będzie jak odpoczniesz jeszcze trochę.
   Odtrąciła jego rękę.
   -Nic mi nie będzie, dziękuję za troskę. Powiedz mi chociaż kim jesteś!
   -A... wybacz - wrócił do miejsca, na którym przed chwilą siedział. - Haruka. Tobine Haruka.
   -Natsumi - odparła pod nosem.
   -Hm?
   -Asahi Natsumi -powtórzyła głośniej.
   -Natsumiś, tak?
   -Zaraz, zaraz! Nie pozwalaj sobie! - krzyknęła dziewczyna, odwracając się gwałtownie w jego stronę. W końcu dane jej było go zobaczyć. Jego włosy były granatowe. W nieładzie. Oczy miał szare, w których lekko odbijało się światło płomienia, do którego właśnie dorzuca opał. Ubrany był w czarną koszulkę, która była na tyle zniszczona, że nie było w stanie nic na niej zobaczyć. Bluzę miał ciemnoszarą, która również wyglądała strasznie. Jakby wyjęte z szafy... hmm nie, jakby wyjęte ze strychu, na którym nie ma nic więcej jak tylko pajęczyny. Spodnie miał do kolan, koloru ciemnego jeansu. Równie poniszczone, jak reszta jego ubioru. Za buty robiły czarne adidasy. Wyglądały na dość zadbane w porównaniu z reszta.
   -Kim ty jesteś? - po chwili dodała.
   -Tobine Haruka. Wydawało mi się, że przed chwilą to powiedziałem.
   -Nie o to chodzi - odparła dziewczyna już łagodniejszy głosem - bardziej interesuje mnie jak tu się znalazłeś, skąd pochodzisz z i tym podobne.
   Chłopak spojrzał w jej stronę. Napotkał jej wzrok. Ich oczy się spotkały. Natsumi już wyglądała jak niezły burak, więc kolejny rumieniec nie zmienił nic. Natomiast Haruka lekko się zarumienił. Po chwili odwrócił wzrok i podrapał się lekko po policzku, na znak zakłopotania.
   -Pochodzę z Zerahe. Jest to małe miasteczko niedaleko Avelus. Pojawiłem się tu niedawno. Jakieś dwa tygodnie temu. Dziadek wypuścił mnie na morze abym bardziej opanował magię wody. Przyszedł sztorm i skończyłem tutaj.
   -Rozumiem...
   Nastała cisza, którą przerwał krzyk dziewczyny.
   -Magii wody?!
   -No tak... A ty niby skąd jesteś?
   -Jestem z małej wioski, której nazwy nie wypowiem, bo nie dam rady. Choć urodziłam się w Tokio. Przyjechałam z Japonii do Polski ze względu. .. chyba na prace Aoi. Znaczy mamy.. i to chyba tyle
   -Polska?! Japonia?! Co to?! - zdziwił się chłopak.
   -Nie wiesz?! Polskę no... nie musisz znać, jeśli cię to nie interesowało... mogę to zrozumieć, ale Japonii nie znać? ! Przecież masz japońskie imię.
   -Nie! Nie wiem o czym.... Cholera. Myślałem że jesteś stąd skąd ja, dlatego ci to powiedziałem,  teraz wiesz o magii. .. dziadek mi tego nie wybaczy.
   -Spokojnie i tak w coś takiego nie wierze - zaśmiała się lekko, z przymusu. Po czym po chwili zbladła. Przypomniały jej się promienie, które leciały w jej stronę i przed którymi obronił ją Hisoka.
   -Wszystko w porządku?
   -T-Tak - odparła wpatrując się intensywnie w tańczące płomienie ognia.
   -Nagle zbladłaś. To normalne nie jest - odparł.
   -Spokojnie, nic mi nie jest. Jestem przemęczona, to tyle.
   -To nie to. Spałaś dość długo.
   -Może jestem po prostu głodna.
   -W takim razie zjedz to - powiedział podając jej patyk, na którym był upieczony szczur.
   -Smacznego - odparła wgryzając się w mięso. Popatrzył na nią z lekkim zdziwieniem po czym zaczął się śmiać. Jego śmiech był miły, serdeczny. Dziewczyna spojrzała na niego przeżuwając kąsek.
   -Nigdy czegoś takiego nie widziałem - śmiał się, ledwo łapiąc oddech -  każda dziewczyna, z którą byłem gdzieś na pikniku czy gdziekolwiek nie tknęła by tego - śmiał się dalej. Natsumi połykając jedzenie uśmiechnęła się.
   -Tylko że to nie jest żaden piknik, wycieczka, obóz przetrwania, z którego w każdej chwili mogę się wycofać. To chora rzeczywistość, w której albo jesz albo jesteś pożarty. Ja jednak wolę jeść to co mi dadzą. Póki jeszcze mam co.
   Haruka popatrzył ma nią, już skończywszy się śmiać.
   -Mówisz... dość dziwnie, ale jednocześnie dość dojrzałe. Podoba mi się to - uśmiechnął się. Dziewczyna walnęła wielkiego buraka wgryzając się raz jeszcze w biednego szczura.




W końcu złapałam wenę i w końcu mogłam to skończyć. Szło mi dość opornie.. A nie chciałam w sumie na siłę czegoś robić, bo wtedy nie wyszło by tak jak chciałam. Wczoraj jakoś mnie kopnęło i siedziałam po nocy aby to napisać xD Mam nadzieje, że mi wybaczycie :3 Myślę, że kolejne rodziały pojawią się znacznie szybciej niż ten ;3 Trochę krótki jak na tyle czekania :< Ale nie dałam rady nic więcej wykrzesać :s
Przypomnę jeszcze o ankiecie ^^