Kiedy odzyskałam przytomność poczułam pleśń, a powietrze było przesiąknięte wilgocią. Wywnioskowałam, że albo znajduję się w drewnianej skrzyni, która jest mokra i spleśniała, albo wylądowałam na jakimś statku. Było ciemno dopóki moje oczy nie przyzwyczaiły się do ciemności po omacku sprawdzałam jak duże jest pomieszczenie. Miałam lekką klaustrofobię. Na całe szczęście było dość spore. Dałoby radę nawet wsadzić tu z dwa samochody, no może półtorej. Gdy moje oczy nareszcie przyzwyczaiły się do ciemności zauważyłam wszędzie walające się skrzynie. Od jednych śmierdziało rybą, a inne były puste. To chyba jednak był statek, a ja siedziałam w magazynie. Przez sznury, na moich rękach porobiły się zadrapania. Dziwne było to, że związane miałam z przodu, a nie z tyłu oraz miałam wolne nogi. Nie miałam także zakneblowanej twarzy. Podziwiłam się przez chwilę, ale zorientowałam się, że przecież na razie jestem tu sama. Nic nie mówiłam, żeby nikt nie spostrzegł, że już się obudziłam. Chodziłam od skrzynki do skrzynki. Każdą ostrożnie otwierałam i szczelnie zamykałam. Patrzyłam po kontach, ale znajdywałam jedynie pleśń.
Po jakiejś godzinie cichych i ostrożnych poszukiwań, przeszukałam tylko połowę magazynu. Usiadłam na moim poprzednim miejscu odpoczywając. Powoli traciłam nadzieje, że ktoś tu oprócz mnie może być. Miałam już wstawać do dalszych poszukiwań kiedy usłyszałam jakieś dziwne szepty. Dochodziły z drugiego końca pomieszczenia. Nagle usłyszałam gwizd. Nie mam pojęcia skąd on się niby wziął. Równie dobrze szepty mogły być złudzeniem, a gwizdał sobie wiatr. Jednak coś mnie podkusiło żeby pójść w stronę szeptów. Równie dobrze mogło mnie to sprowadzić na zgubną śmierć. Założyłam kaptur na moje mokre i przesiąknięte zapachem ryb włosy. Szłam powoli nie do końca zgadzając się na następny krok. Mój umysł nie chciał pozwolić, a ciało samo się ruszało. Z kroku na krok szepty stawały się coraz głośniejsze dzięki czemu miałam pewność, że jednak to nie było tylko i wyłącznie moje złudzenie. Gdy jakoś odruchowo odwróciłam się zobaczyłam postać skąpaną we krwi. Była to dziewczyna z długimi i czarnymi jak smoła włosami. To Amelia! Przynajmniej tak na to wyglądało. Podeszła do pierwszej skrzynki z rybami i nabrała do wiaderka, które zabrała ze sobą. Krew na jej rękach, nogach i sukience nie należała do niej. Nie wiem z jakiego powodu, ale mi ulżyło. Miałam ochotę krzyknąć do niej: ,,Hej, Ami! Co u ciebie?" Ale to skończyłoby się jeszcze gorzej niż źle. Po chwili poczułam, że ktoś za mną stoi. Nie świadoma kto to nastawiłam łokieć do obrony. Postać szybko uniknęła ciosu i łapiąc mnie kucnęła. Szarpałam się, ale po chwili rozpoznałam ciepłą rękę i ciepło otaczające postać.
-Uspokój się - wyszeptała - to ja Leon, nie masz się czego bać.
Ulżyło mi, czyli jednak byli razem ze mną. Popatrzyłam na niego lecz on nie chciał puścić ręki z moich ust.
-To była Amelia, prawda? - zapytała druga postać kucająca obok Leona.
-A kto to? - zapytała trzecia siadając koło mnie.
-Właściwie to nikt... Coś mi wygląda na bardziej takiego robota niż prawdziwą osobę - odpowiedziała druga postać.
Pociągnęłam Leona za koszulkę dając mu znak, żeby mnie puścił. On jednak bardziej zbliżył się do mnie i tylko wyszeptał.
-Cicho.. Na razie nie.
-Ali, tak w ogóle skąd znasz tą dziewczynę?
-Można powiedzieć, że była moją dobrą koleżanką, jak nie przyjaciółką.
-O... A teraz do niej robot mówisz?
-Oj Lili, nie czepiaj się. Nie wiesz, co zrobiła...
-Tak to była ta Amelia. - wcisnął Leon.
-Skąd niby wiesz? - zapytał Aleksy.
-Opisałeś ją. Może nie z dokładnością, ale bardzo przypomina tą tu.
-Leon, czemu trzymasz ciągle Nami? - zapytała Lilianna patrząc na nas zastanawiającym wzrokiem.
-Jeszcze by coś palnęła do tej Amelii. Z opowieści wywnioskowałem, że przez te nie całe dwa dni stała się jej bliska. Lepiej trzymać ją na smyczy, żeby nas w coś nie wpakowała.
-Widocznie nie wie, że my tu powinniśmy być. Bo zauważyłaby brak Natsumi - wtrącił Aleksy.
-Właściwie macie racje - poparła Lili. - No, ale to dziwnie wygląda jak ją tak trzymasz.
-Lili posłuchaj. Zależy ci na tym jak to wygląda, czy na bezpieczeństwu własnego tyłka?
-No dobra, dobra.
-Cicho już tam! - powiedział półgłosem Aleksy.
-Nie krzycz - skarciła go dziewczyna.
-Obaj przestańcie, trzeba się wycofać zbyt się do nas przybliżają - wyszeptał Leon lekko się podnosząc. - Chodźcie tylko powoli i cicho. I żeby was nie było widać.
-Nie za dużo tych wymagań?
-Lili - popatrzył na nią przeszywającym wzrokiem - zapytam jeszcze raz: zależy ci na bezpieczeństwu własnego tyłka?
-No raczej, że tak, nie?
-No to cicho siedź i rób, co mówię.
-Tak jest, panie kapitanie - odpowiedziała od niechcenia Lilianna.
-Ty też zaczynasz? Nieważne - ruszył ciągnąc mnie za sobą. - Podnoś trochę te kolana, bo ja nie jestem kimś kto cały czas będzie cię nosić.
Jedyne co wyszło dobrego z tego zemdlenia to to, że mogłam się ruszać. Ale kiedy tak szliśmy i chciałam powiedzieć mu żeby mnie puścił, a nie pokazać, nie mogłam wydobyć z siebie dźwięku. Co prawda otwierałam usta, ale nic, nawet jednej samogłoski. O, co tu chodzi?! To już była przesada. Dość, że trafiliśmy w tak niefortunną sytuację to ja jeszcze nie mogę nic powiedzieć. Znowu miałam dość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz